Nie, nie poznałem jej w klubie. Była z Facebook Randki. Dupa wysoka na 1,8 metra, przystojna, w męskiej energii – że aż co się później okazało: „tryskała” nie tyle kobiecością, co substytutem męskiego nasienia w sposobie funkcjonowania i autoagresji względem swych kobiecych odruchów. Nie, nie odruchów innych mężczyzn. Swoich. Myślałem, że to dobra partia: rozsądna praca, niski przebieg, niebanalność i patriotyzm (nieukrywana sympatia do Grzesia Brauna), świadomość, i inne pozory kultury osobistej. Byłem najzwyczajniej w błędzie.
To, że kobieta potrafi wypić butelkę whisky z mężczyzną i wejść w sympatyczne fluidy nie oznacza zaraz, że ma klasę. Kobieta z klasą wychodzi z mężczyzną z klubu razem, a nie sama. Zaproszona ok przyznam, że niespodzianie, bo ja przejechałem tych 500 km w jej strony i oznajmiłem, że jestem. Ale, gdy po chwili od wypicia trunku wpadła w objęcia taneczne przypadkowego faceta, a potem nie wraca, gdy przyłapałem ich razem na sali poniżej, to chyba o czymś świadczy… Tak, świadczyło: o jej traktowaniu mężczyzn jak wycieraczki do butów. I tego ją niby nauczyli kochający rodzice? Tak bardzo podkreślała ich związek jako modelowy i swoją relację z ojcem. A zostało z tego? Robienie wstydu i przykrości akurat mi, który chciał jej serce zdobyć, gdy okazało się po wszystkim, że dawanie mylących sygnałów było dla niej komfortowe i bezwzględnie konieczne do zachowania dobrej samooceny.
Czemu po tym incydencie w klubie do niej w ogóle jeszcze napisałem? Bo ona czekała na to. Wiedziała, jak działa ten styl uwodzenia przez odrzucenie. I potem jeszcze oskarżenia, że to ja jej rozlałem drinki pod nogi jak wróciła po tańcu z innym, że to była moja wina. Owszem, moja wina, że odebrałem jej mylące sygnały jako zaproszenie do gry. Dobrze się mną zabawiła i kontynuowała tę grę, widząc klauna wachlującego do niej pisanymi z bólem serca wierszami tuż po przebudzeniu rano – lecz nie otrzymującego nic w zamian. Prócz rozniecających wyobraźnię wspomnień o tym, jak po szklance whisky wskoczyła na mnie okrakiem w tym klubie i namiętnie całując próbowała ujeżdżać. Dopiero interwencja ochrony uprzytomniła mnie, a następnie, resztki honoru ratowałem, gdy wróciła po godzinie i kupione dla niej drinki rozlałem pod jej stopami. Dwie przyzwoitki, jakie ze sobą zabrała – do czego jej były potrzebne? Do manipulowania narracją, że to faceci wszyscy są tacy sami. Skorzystałem z jej nieobecności i wygarnąłem im, że tamta ich znajoma to k… i szmata, bo kręci się z innymi typami, kiedy przeze mnie wynajęta loża, zakupione drinki i moje setki kilometrów stały się niewystarczające.
Po tym incydencie i wierszach, moich ucieczkach i powrotach do tej chorej relacji, co trwało 3 miesiące myślałem, że będzie mi dosyć. Jednak nie było, bo to ja ucinałem kontakt. To ja ją blokowałem i wracałem w zasięg jej kontaktu. I to samo, ale ostatni raz uczyniłem rok później – jeszcze raz dając jej znać, że jestem, że odcisnęła ślad… pytając (śliniąc się do niej), czy choć w ułamku był też ślad po jej stronie. A dostałem suche fakty i dramaturgię, że to ja jestem sam tym natrętem: „nasz czas bezpowrotnie minął”. I poczęstunek, że już znalazła kogoś, z kim chce „dzielić chwile”. Paskudnie zabrzmiało… Ale tylko do tego jest zdolna: do dzielenia z kimś chwil w dosłownym znaczeniu, nic poza tym. Obnażyła się kompletnie, abym ją znienawidził jak wydmuszkę, napełnioną męską kalkulacją, choć w kobiecym ciele.
W zamian nie pozostałem dłużny i oznajmiłem, że życzę jej szczęścia, bo już poznałem kogoś, ale proceduralnie nie zapadła jeszcze ostatnia klamka. Gdy odczytała, dodała swoje nieporadne: bądź z nią szczęśliwy. I już nie odbijałem tej piłeczki, a ona mnie, tym razem ona: zablokowała.
Finał jest prosty, ona i to z takim mózgiem, który walczy o dominację w męskim świecie na co dzień (stanowisko kierownicze), zwiedziona pozorem siły swej nienaturalnej męskości, nie ma w ogóle pola do dyskusji i snucia planów. Pozostało dla mnie jej już tylko współczuć. I gratulować mężczyźnie, w którym była nieszczęśliwie zakochana jeszcze rok temu, który w porę zrozumiał jaki balast miałby dźwigać (ona bardziej męska od tego niedorajdy – z wyglądu po prostu ciota – foto na instagramie nie pozostawia na nich suchej nitki…). Może też dlatego zrobiła profil na insta później jako prywatny (rok temu nie miała), bo ma co ukrywać – swoją egzotyczność w nienaturalnym dla niej wyczynie: silenia się na bycie mężczyzną w kobiecej skórze. To skakanie po górach, wspinaczka i pęd ku wyczynom o tym dobitnie świadczą… I świadczą podobnie te „chwile”, o których wspomina, jakie poświęca dla swojej nowej maskotki, ujeżdżanej ale na polepszenie wyłącznie swojej samooceny – u kobiety w męskiej energii.